O tym, jak Szymkowski pojechał do Luksemburży i co z tego wynikło.
niedziela, 22 stycznia 2012
Dualizmaty życia człowieczego
Skąd ten wniosek? Cały zeszły tydzień spędziłem w trybie pustelniczym - rano do biura, kląc pod nosem na widok znajomych, no bo to wtedy trzeba się odezwać, w biurze słuchawki na uszy i Bach albo inny Czajkowski, potem do domu, szybko kolację, żeby zdążyć zanim współlokatorzy wejdą do kuchni, a potem już do końca dnia seriale, w międzyczasie książki (znalazłem "Kota Mruczysława poglądy na życie", jawlowie).
No i tak sobie przez tydzień tkwiłem w pancerzyku, aż tu nagle przyszedł piątek - i co się stało? Najpierw Żubrówka w gronie stażystów, potem wędrówki nocne po mieście, spać poszedłem o czwartej nad ranem, kolejnego dnia Clausen, dziś pewnie nic, ale w sumie to nawet bym chciał, jutro kolejne cuś... cóż to się dzieje, odwróciła się faza, kozy mówią ludzkim głosem, koty tańczą kankana.
Z innych wiadomości, w tym tygodniu pierwsza część ostatniego etapu konkursu na urzędasa unijnego. Stres mnie pożera.
Zaś we śnie dzisiaj ponownie odwiedziłem Brzozów. Tęsknota za dzieciństwem?
niedziela, 15 stycznia 2012
W skrócie dziwnym
W związku z landlordem byłem w końcu u prawnika. Pierwsze słowa pani prawnik: "Pan niczego nie podpisuje". Dowiedziałem się też, że zasadniczo pan L. może mi naskoczyć. To znaczy - podać do sądu i pewnie nawet wygrać, ale zanim by to osiągnął, to moja umowa dobiegłaby końca i tak. Więc de facto jestem bezpieczny. Ale mam tego człowieka serdecznie dość.
---

We wtorek bodajże wybraliśmy się z wizytą do Trybunału Sprawiedliwości. Budynek to o wiele ładniejszy od naszego Batiment Jean Monnet (ale o to nietrudno), można nawet stwierdzić, że wygląda nowocześnie. Choć przecieka. Mieliśmy okazję przysłuchiwać się rozprawie i odczuć na własnej skórze, że jako nie-prawnicy jesteśmy obywatelami drugiej kategorii: nie wpuścili nas na stołówkę przed 1300, choć otwarta była już pół godziny wcześniej. Cóż, all animals are equal...
---
Dostałem kindle'a. To znaczy - kupiłem kindle'a. To znaczy - moja opiekunka stażu namówiła mnie na zakup kindle'a. I* bardzo się cieszę, że mnie namówiła. Czyta się z tego jak z papieru (tylko wygodniej, bo można obsługiwać jedną ręką), można podkreślać co ciekawsze cytaty i zapisywać je do prywatnego zbioru lub wysyłać do serwisów społecznościowych (przygotujcie się wszyscy na spamowanie, hehe), a do tego cała klasyka jest za darmo (póki co po angielsku, ale jak w maju Amazon wejdzie do Polski, to może i po polsku się coś znajdzie). Ogólnie - wielkie nice I liek.
---

W piątek miałem okazję trafić na imprezę powitalną dla stażystów bodajże Trybunału. Impreza ta była wyjątkowa o tyle, że po raz pierwszy nie dość, że nie kazali sobie płacić za wejście, to jeszcze obniżyli ceny. Cuda, cuda, ogłaszają, coraz to szersze zataczając kręgi, sokół nie słyszy głosu sokolnika, apokalipsa i koniec świata, demoniszcze-piekliszcze! A tematem imprezy było "porno glasses", nie wiem, kto, ile i czego brał, żeby wpaść na taki pomysł, ale...
---
Impreza rzeczona ogólnie zła przesadnie nie była, ale Szymkowski się chyba starzeje (albo cierpi na ciężką postać nerdozy), bo zdecydowanie lepiej bawił się w sobotni leniwy wieczór z książką i durnym serialem, niż w piątkowy z piciem i zabawą. Jesteśmy Nerd, opór jest bezcelowy.
---
Szymkowski wpadł na pomysł, że musi nauczyć się gotować. Już powoli kończą mu się pomysły na ryż+sos+mięso, zrobiłby sobie coś ciekawszego. Obawia się tylko, że jak zacznie szaleć, a zacznie, to jego budżet tego nie wytrzyma. W końcu - 600 EUR poniżej progu ubóstwa...
---
Znowu zaczęły mi się psuć ręce. Zabawnych rzeczy się człowiek dowiaduje o własnej anatomii, jak mu coś szwankuje. Wolałbym jednak nie budzić się więcej ze zdrętwiałą połową dłoni. Cóż, znalazłem sprzęt do ćwiczeń, o którym sądziłem, że zostawiłem go w domu (w rzeczywistości był w ukrytej kieszeni walizki), więc jest szansa, że się wygrzebię.
---
* - w duchu przeczytanego niedawno artykułu o zaczynaniu zdań od spójników zaczynam zdanie od spójnika.
piątek, 6 stycznia 2012
The Landlord Wars, epizod pierwszy
Przerwa poświąteczna cudowna.
Sylwester szalony.
A potem wróciłem do Luksemburga i się zaczęło.
Przywitała mnie notka od właściciela domu, zwanego dalej panem Landlordem: "Proszę więcej nie zostawiać otwartych okien przy wyjeździe, proszę też nie używać grzejnika elektrycznego". To pierwsze całkiem zrozumiałe, to drugie to trochę aberracja, pomyślałem sobie, i poszedłem spać, posprzątawszy uprzednio pokój, który zarósł był przez te dwa tygodnie brudem.
Obudziło mnie stukanie do drzwi. Pan Landlord stukał i pukał żeby powiedzieć mi to samo, co widniało na karteczce. Powiedziałem mu, że z oknami to nie ma sprawy, a co do grzejnika, to kupiłem, bo było zimno, i już go prawie nie używam. Strasznie się przy tym oburzył, że nie powiedziałem mu o tym i nie spytałem o zgodę. Cóż, jak się sam człowieku przyznajesz, że ogrzewanie chodzi tylko co drugą godzinę (w weekendy, w dni robocze chodzi ciągle, ale za to tylko między 1700 a 0900), to nie miej pretensji.
Poszedłem znowu spać, wstałem po dwóch godzinach i stwierdziłem, że mi tak trochę zimno. Włączyłem grzejnik. Był to błąd, bo natychmiast wysadziło korki. Myślę sobie: "Nie takie problemy z hardwarem się software'owo naprawiało!" i szukam korków. Coś tam znalazłem takiego, co wyglądało nawet podobnie, przestawiać się to dało, ale że podpisane po francusku, to nie dojdę, co to jest. No to dalej, przestawiać. Przepstrykałem wszystko i nic. "Trudno", myślę, "trzeba będzie dobrego pana Landlorda ściągnąć tu, niech naprawia". Co też uczyniłem.
Przyszedł po pół godzinie, zszedł w piwniczne czeluście, wrócił i pyta, jak to się stało, co się stało. No to ja jemu, że najpierw był prąd, a potem prądu nie było. To on, że nie wierzy, odwrócił się na pięcie i poszedł znowu do piwnicy. Ja, ignorując chwilowo oburzenie obcesowym sposobem potraktowania, za nim. Już na miejscu on do mnie, że wysiadły tylko korki w moim pokoju, i czy używałem grzejnika. Ja na to, przeklęta prawdomówności, że owszem, włączyłem na chwilę. On na to, że zawiodłem jego zaufanie (sic!), więc moja umowa jest nieważna i mam się wynieść do 13 stycznia. Ja, jak to ja, straciłem głowę i zacząłem go przepraszać i przekonywać, żeby tego nie robił, on mi na to wyliczył dokładnie, ile gazu przeze mnie stracił, i stwierdził, że da mi znać do jutra. Wieczorem napisał wiadomość, że mogę zostać. Warunkiem jest podpisanie lojalki, że wiem o zakazie używania grzejnika i zgadzam się na natychmiastowe zerwanie umowy, jeżeli go użyję.
Zacząłem się zastanawiać. Przeczytałem umowę. Poskarżyłem się w panice kilku osobom. Zaczęło mi wychodzić, że facet robi mnie w bambuko, bo w treści nigdzie nie ma zakazu używania grzejników elektrycznych (chyba że uzna się je za "supplementary furniture", ale to po mojemu dość naciągane, równie dobrze "supplementary furniture" może być laptop czy stojak na gitarę), poza tym nie ma też słowa o możliwości wypowiedzenia umowy ot tak.
Szczęśliwie instytucja, w której stażuję, dba o swoich ludzi, a i ludzie, z którymi się zadaję, są skłonni do pomocy, więc w ciągu kilku dni dostałem poradnik dla nowych Luksemburżujów, w którym stoi, że przy najmie facet może mnie wyrzucić jedynie za wyrokiem sądu, którego ten mu znowu tak łatwo nie da. Jako że ta akurat umowa wyraźnie stwierdza, że nie ma mowy o najmie, to skierowano mnie też do darmowej poradni prawnej. Darmowej, czyli na koszt Komisji. Idę tam w czwartek. Nie mogę się doczekać widoku miny pana Landlorda, kiedy powiem mu, że przed podpisaniem muszę skonsultować treść lojalki z prawnikiem.
Informację o tym, że wchodząc bez pytania do mojego pokoju, dopuścił się włamania i w zasadzie mógłbym go za to pozwać, chyba sobie zostawię na później.
sobota, 24 grudnia 2011
Obrazki z dworca (lotniczego).
Wyruszywszy z miasta Luxembourg należącego do Luksemburga, dotarłem na lotnisko w mieście Vienna należącym do Austrii. Za kilkadziesiąt minut wielki stalowy ptak wzbije się w powietrze i poniesie mnie na lotnisko w mieście Warszawa należącym do Najjaśniejszej. I dobrze.Dzieci potrafią być denerwujące. Konkretnie: dzieci w samolocie. Ujmując rzecz całą bardziej szczegółowo: dzieci o siódmej rano płaczące w samolocie, w którym wciąż jednak działający w trybie wolnej lansjerki podróżny usiłuje spać. Dobrze, że to akurat dziecię (włoskie, sądząc po akcencie) rozpoczęło koncert już przy podchodzeniu do lądowania. W przeciwnym wypadku pragnący spać podróżny mógłby się wściec, a tak przysłuchiwał się tylko z należytym dystansem i dostojeństwem wysiłkom biednej mamy, która usiłowała uspokoić potwora. Bez skutku.
Wczoraj znowu odwiedzili mnie goście nie mieszkający na co dzień w Luksemburgu. Ola i Thomas zwany (przez Olę głównie) "Bejbi" przyjechali mianowicie z Brukseli, żeby zwiedzać stolicę Wielkiego Księstwa. Zamiar ten wzbudził podobno niekłamany podziw i zdziwienie wśród autochtonów nieodmiennie pytających z niedowierzaniem: „Ale jak to, turyści? Tutaj? Zwiedzać?”. My przynajmniej, kiedy już się spotkaliśmy, zwiedzaliśmy, co należy, tzn. bar „Bananas”. Wszystkim wielbicielom urody europejskich miast tłumaczę, że decyzja udania się właśnie tam uwarunkowana była przede wszystkim późną porą, zmęczeniem i świadomością porannej pobudki o barbarzyńskiej czwartej nad ranem (okazuje się bowiem, że taka godzina rzeczywiście istnieje). Luksemburg jest bardzo ładny, choć troszkę go mało, zwiedzanie po zmroku, w deszczu i o pustym żołądku jest jednak średnio zabawne.
W związku z przyjazdem towarzystwa brukselskiego miałem także okazję uczestniczyć w dość zabawnej wymianie zdań (nie poglądów) z moją opiekunką stażu, która bardzo zdziwiła się, że zamierzam ostatniego dnia pracy zostać do końca. Kiedy wyjaśniłem jej, że to dlatego, że ze znajomymi umówiłem się tuż po zakończeniu pracy na parkingu przed biurem, zdziwienie minęło.
Podczas lotu z Wiednia do Warszawy okazało się, że rację miał Trzmiel-Trznadel, kiedy mówił, że w samolotach zawsze należy brać koszer. Nie był on (koszer, nie Trznadel) wprawdzie tak słodki, jak normalne posiłki, czyli w tym przypadku mufinki, ale miał nam nim tę przewagę, że składał się z prawdziwego jedzenia, którym nawet dało się najeść. Nie wspominając już o dodatkowym bonusie w postaci certyfikatu koszerności.
I tak oto Szymkowski powrócił do kraju. Co prawda tylko na tydzień, ale lepszy przecież tydzień niż nic. Teraz właśnie jedzie na święta do rodziny nad Bugiem zamieszkałej (tak, spostrzegawczy czytelnik mógł już zauważyć, że ta notka powstaje w więcej niż jednym miejscu) z nadzieją na to, że będą to najlepsze święta w jego życiu – on wytęskniony, rodzina wytęskniona, a do tego po raz pierwszy odkąd pamięta, nic absolutnie nad nim nie wisi, będzie więc mógł w pełni oddać się robieniu nic.
Czego sobie i Wam wszystkim życzy.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Dziennik pokładowy, data gwiezdna 65412.6
Poza tym pacjent przeszedł także do kolejnego etapu (tym razem już chyba ostatniego) konkursu na urzędasa. Jeśli pacjentowi się ten etap powiedzie, trafi na listę rezerwową, z której ma szansę dostać się do pracy w którejś z instytucji Unii. Co może się okazać bardzo przydatnym i pożytecznym wydarzeniem.
W ostatnich dniach (nie mylić z "dniami ostatnimi") pacjenta przyjechała odwiedzić Ruda, co go niezmiernie ucieszyło. Rudą lubi wszak bardzo, a nie widział jej co najmniej dwa miesiące. Oczywiście, jako prawdziwy pacjent, pierwszego dnia zabrał ją na zwiedzanie szpitala na Kirchbergu (szef pacjenta powiedział mu, że ma nadzieję, że pacjent będzie bardziej urzędnikiem, niż pacjentem, więc pacjent się przejął i postanowił zobaczyć kolejnego lekarza, żeby upewnić się, że ten, który go leczy, nie jest idiotą. Nie wziął pod uwagę, że to zajmie nie godzinę, tylko większą część dnia), w dniach kolejnych jednak odrobinę się zrehabilitował, organizując, razem z przyjechaną z Brukseli Anną, wspólne zwiedzanie Luksemburga, a następnie próbując zabrać dziewczęta na imprezę bożonarodzeniową. Jednakże Anna powróciła koleją żelazną do stolicy oświeconej dyktatury europejskiej, a Ruda po godzinie tańczenia, grzanym winie i pięciu drinkach wsiadła w inny pociąg i odjechała w siną dal do fancy Nancy. Mówi, że wróci dziś.W ramach odwetu za oprowadzanie po szpitalach, Ruda, ujrzawszy pacjenta w nowym wyglądzie (wygolona góra i bródka "na szczura"*), stwierdziła, że ów wygląda "demonicznie", co też postanowiła czym prędzej uwiecznić. Wynik jej uwieczniań wygląda tak:
Thionville jako miasto jest zresztą dużo ładniejsze od Luksemburga. Jedzie się tam koleją, co samo w sobie stanowi już o jego uroku. Kolej jest bowiem idealnym środkiem transportu. Nie ma w sobie arogancji samolotu odzierającego pasażerów z wszelkich atrybutów wolnej woli z chwilą, w której przejdą przez kontrolę bezpieczeństwa, a potem wzbijającego się z rykiem pod niebo, przecząc zdrowemu rozsądkowi głoszącemu, mimo postępów cywilizacji naszej technicznej, że coś tak wielkiego i brzydkiego nie ma prawa latać. Nie jest też tak bezosobowa jak autobusy jeżdżące sobie po mieście, każdy taki sam, zupełnie obojętne na to, czy i kto do nich wsiada. Kolej jest częścią krajobrazu i, podróżując nią, ma człowiek z tym krajobrazem ciągły kontakt i widzi, jak przelatuje on za oknami w takt miarowego stukotu kół. Gdyby pacjent był mniej leniwy i cierpliwszy, poruszałby się wyłącznie koleją. Niestety, po półtorej godziny spędzonym w dowolnym środku lokomocji trafia go ciężki szlag, więc na dłuższych dystansach z reguły wygrywają samoloty.[powyższy fragment proszę potraktować jako wprawkę literacką]
Wracając z Thionwille, trafił pacjent na rzecz w Luksemburgu praktycznie niespotykaną: zorganizowaną imprezę kulturalną. Miano "impreza kulturalna" nie ma sugerować, że setki ludzi stojących na ulicy, zajadających się hamburgerami i orzeszkami z miodem, popijających grzane wino i patrzących na maszerującą orkiestrę wygrywającą na bębnach coś na kształt marsza stanowi modelowy przykład kultury, ma raczej być dowodem bezradności językowej pacjenta postawionego wobec "parady świątecznej". Faktem jest jednak, że - obok obowiązkowego Weihnachtsmarktu - jest to pierwsze wydarzenie na taką skalę, którego dane było tu pacjentowi doświadczyć. "Doświadczyć" w sensie dosłownym, albowiem Luksemburczycy najwyraźniej nie uznają półśrodków i stoją na stanowisku, że jak już coś organizować to tak, żeby całe miasto wzięło w tym udział. Obowiązkowo. Wspomniana parada przemaszerowała więc główną ulicą miasta od dworca kolejowego do węzła autobusowego, czego efektem ubocznym było zamknięcie tej ulicy dla ruchu - i całkowity paraliż komunikacji miejskiej. Pacjent przez ponad godzinę tułał się zatem po mieście, usiłując dotrzeć do domu.W końcu jednak dotarł, przygoda zakończyła się szczęśliwie, operacja skończona, pacjent znów będzie zdrowy - bo to tylko woreczek żólciowy...
---
* - w każdym porządnym filmie i serialu jest postać, która nosi taką bródkę, z reguły jest doskonałym tchórzem i manipulatorem o perfekcyjnie złym charakterze. W toku akcji ginie w paskudny sposób.
piątek, 2 grudnia 2011
Po długim milczeniu
Swoje zaniedbanie usprawiedliwiam żałosnymi próbami napisania jeszcze żałośniejszego licencjatu. Próby te, jakkolwiek beznadziejne, zostały uwieńczone połowicznym sukcesem - licencjat powstał i został odesłany do promotorki. Teraz czekamy, aż pani doktor otrząśnie się z szoku i napisze, co z tym fantem dalej.
Życie przez ten miesiąc, wbrew pozorom, w które i tak nikt by nie uwierzył, nie schodziło mi wyłącznie na pisaniu licencjatu. Żyłem, chodziłem do pracy, na jakieś spotkania, imprezy, coś tam się działo. Po pierwsze - nadeszła Pora Mgieł. Każdego poranka mgły opadają na miasto, zasnuwając je doszczętnie, tak że na dziesięć-dwadzieścia metrów nie widać dosłownie nic, a idąc, widzi się wyłaniające się co chwila z nicości bryły budynków. Efekt jest magiczny i niesamowity, mi, niepoprawnemu nerdowi, kojarzy się z efektami ze starych gier, z czasów, kiedy 3dfx był synonimem potęgi 3d, a FPS-y nazywały się jeszcze FPP-ami. Jeżeli można w ogóle użyć w jednym zdaniu słów "wcześnie rano" i "uwielbiam", to uwielbiam wychodzić wcześnie rano na dwór i oglądać sobie Luksemburg zawieszony w nicości, a wyłaniający się z niej w rytm moich kroków.
Dość jednak poetyckich zachwytów, Pora Mgieł sprawiła też, że praktycznie cały listopad spędziłem przeziębiony. Miesiąc zacząłem zwolnieniem i w ten sam sposób zakończyłem. Sądzę, że część winy ponosi tutaj pan Landlord, który postanowił oszczędzać na ogrzewaniu. W końcu, pod koniec miesiąca, udało się przekonać go, żeby zwiększył temperaturę, a jednocześnie zakupiłem grzejnik elektryczny, więc teraz w pokoju panuje przyjemne ciepełko (aktualnie 25 stopni, muszę wyłączyć grzejnik). Okazało się też, że rację mieli starzy górale - chorowanie w Luksemburgu to kosztowne hobby. Bardzo.O pracy pisał nie będę, bo i nikogo to pewnie za bardzo nie zaciekawi. Przychodzę rano, wychodzę wieczorem, w międzyczasie tłumaczę, wychwalając pod niebiosa twórców baz danych i programów-kotów (CAT, czyli Computer Aided Translation). Stopień skomputeryzowania DGT jest bowiem modelowy - istnieje centralna baza segmentów i jednostek tłumaczeniowych, obejmująca wszystkie przetłumaczone kiedykolwiek teksty, a jeżeli w obecnie tłumaczonym tekście znajdzie się segment, który powtarza się w pewnym stopniu z tym, co już zostało zrobione, jest on podstawiany z pamięci (przy czym często trzeba taki podstawiony z pamięci segment sprawdzić trzynaście razy, czy aby na pewno odpowiada tekstowi źródłowemu). Poza tym mamy też bazę terminologiczną, a jeśli i to nie pomaga - wyszukiwarkę, która pozwala znaleźć pojedyncze słowa w przetłumaczonych już segmentach. Jedyna wada tego rozwiązania to ograniczona przepustowość łączy i moc serwerów - zdarza się więc, raczej częściej niż rzadziej, że w trakcie tłumaczenia cały system nagle się biesi i odmawia współpracy - i koniec zabawy, bo, że to Unia, wszystkie teksty muszą być spójne, w każdym segmencie trafi się więc wyrażenie, które należy sprawdzić, żeby potem korekta ("korekta" to moje autorskie tłumaczenie z żargonowego "riwajzor", którego to słowa używają tutaj wszyscy) nie wpisał na marginesie "IATE", co oznacza tyle, że tłumacz nie dopełnił obowiązku sprawdzenia z bazą terminologii.
Wychodzi jednak na to, że jednak na razie będę musiał pożegnać się z marzeniami o karierze eurourzędnika. EPSO opublikowało wyniki testów na ogólne rozgarnięcie i odnoszę wrażenie, że - jeżeli nie nastąpi pomniejszy cud - wydaje mi się, że liczba zdobytych przeze mnie punktów nie wystarczy, żeby okazać się lepszym od 733 innych Polaków. Choć zdarzało mi się już mylić. (Przy okazji - gratulacje dla Magdy Filipkowskiej, która jak nikt inny pokazała klasę)
Tak czy siak, póki co jestem jeszcze tutaj i wciąż żyję. A to oznacza, że weekendy upływają pod znakiem imprezowania. Co lubię. Stażyści i reszta populacji Luksemburga bawi się na najróżniejsze sposoby - od "imprezy" prawników, na której dobrze się "bawiliśmy", a która cała przywodziła na myśl dyskoteki, jakie urządzało się w podstawówce (sala jadalna w
Trybunale podzielona na dwie części stołami, po jednej stronie tłum, po drugiej alkohol, osmoza odbywała się za pośrednictwem pan i panów z obsługi i dużej liczby banknotów i monet Euro, dorośli ludzie gibiący się w miejscu w rytm piosenek granych przez lokalny kotlet-band), po imprezę Halloween, na którą wszyscy przyszli w Strojach, a do tego - pośrodku spektrum - rozmaite spotkania, wyjścia, wejścia i inne okazje społeczne, stanowiące tak naprawdę w dużej mierze pretekst do oglądania upitych Skandynawek (sztuk dwie, piją za cztery, a upijają się za osiem, niezwykle pocieszny widok).Ponadto, żyję, chwilowo siedzę w domu, leczę się i oglądam Star Trek:TNG, czując się przy tym, jakbym czytał naprawdę starą książkę, albowiem prawie cała warstwa wizualna serialu, od efektów specjalnych począwszy, a na strojach i fryzurach postaci skończywszy, zdążyła się zdezaktualizować już dawno, trzeba to zatem odfiltrować i skupić się na fabule, czekam, aż skończy się zwolnienie, tudzież ktoś odwiedzi mnie w mojej samotni.
niedziela, 9 października 2011
Ordyniec na paryskim dworze
Świat był w tym tygodniu bardzo złośliwy.
Naj
pierw kazał mi w samotności i niemocie robić zakupy we frankofońskim kraju - przeżycie niezapomniane, jeżeli chce się kupić coś więcej niż tylko podstawowe artykuły spożywcze. Polecam wszystkim próbę nabycia poszewek na pościel - przez około pół godziny krążyłem wokół stanowiska, porównując kolejne etykiety i szukając, które z pudełek kryje sobie poszewkę, a które - prześcieradło. Następnie kolejny kwadrans szukałem czegokolwiek na pojedyncze łóżko, gdyż w Luksemburży wszyscy najwyraźniej śpią w podwójnych, a w pojedynczych tylko dzieci. Skończyłem z pościelą w gwiazdki. I tak nie najgorzej, były też takie z Avatara, Autek i oczywiście nieśmiertelna Pink Ballerina.Po wyjściu z supermarkietu chciałem wrócić do domu. Szczęśliwie orientowałem się już w mieście na tyle dobrze, żeby wiedzieć, przez jakie przystanki mniej więcej muszę przejechać, żeby dojechać na Limpertsberg, na którym czasowo przemieszkuję. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że autobusy jeżdżą w obie strony... wysiadłem jakieś pół kilometra przed lotniskiem, głodny, zły i nieco zmarznięty.
Następnie przyszedł Bruksel, czyli trzy dni na czymś, co nazwali tu "administrative welcome". Polegało to mniej więcej na tym, że kazali nam się spakować (prawie że o świcie weszło trzech wysokich z gumy i żelaza i zdradziło), zawieźli autobusem do dziwnego kraju, gdzie jedzą frytki z majonezem i mówią w jakimś niezrozumiałym narzeczu (kraj to Belgia, narzecze to francuski, podróż to trzy godziny niczym niezmąconego snu), następnie zagonili na rozmaite konferencje (które, zależnie od stopnia ukrycia krzesła, które udało mi się zająć, spędzałem albo
drzemiąc, albo bawiąc się komórką, na słuchanie byłem zbyt śpiący. Tak przy okazji, tłumaczenie konferencji bije na głowę branie w nich udziału), potem, cały czas z bagażami, puścili na miasto, w którym mieliśmy znaleźć nasz hostel (godzina wędrówki, nogi mnie rozbolały, Nadia straciła obcas, na szczęście Magda znała drogę. Mniej więcej.), w którym już mieliśmy paść i obudzić się kolejnego dnia, ale przypomnieliśmy sobie w porę, że honoru stażysty trzeba bronić i poszliśmy na miasto pić... wróciliśmy (no dobra, ja + parę osób, trochę tam zostało) spać, wykąpawszy się wcześniej w zimnej wodzie, ciepłej nie było. I tak trzy dni.
Potem przywieźli nas z powrotem do Luksemburży, żeby przywitać nas już na miejscu (kolejna konferencja, tym razem przynajmniej z porządną kawą) i zaprowadzić nas na nasze miejsca pracy. Moja mentorka, bo takowe tutaj nam przydzielono, jak tylko mnie zobaczyła, uśmiechnęła się promiennie i oznajmiła, że ma już dla mnie przygotowany stosik tłumaczeń... i tak oto po raz kolejny okazało się, że Polacy pracują najwięcej ze wszystkich - inne nacje wyszły z budynku o 1500, a Magda i ja siedzieliśmy do 1700 na crash course z systemu obsługi tłumaczeń (a system to przezacny), żeby od poniedziałku móc zacząć tłumaczyć... takie to moje szczęście.
Jednak, gwoli sprawiedliwości, nie było tak naprawdę wcale źle. Udało mi się nie otruć własnej roboty jedzeniem (choć po niedogotowanym ryżu i chyba niedosmażonym mięsie żołądek boli mnie do dziś... cóż, jak to było? "We seem to learn a lot by trial and error... error, mostly"), w lodówce znalazłem darmowe piwo (jeden z poprzednich lokatorów zostawił tego kilka puszek, w tym jednego Żywca z Polska + trzy butelki wina i chyba jakiś likier...), udało mi się znaleźć miejsce do robienia zakupów, więc raczej nie umrę z głodu, jutro prawdopodobnie będę już miał konto bankowe, ludzie są zabawni (pełna rozpiętość, od Carlosa, człowieka roztaczającego wokół siebie aurę opanowania i inteligencji, po dziewczynę, która na hasło "Dalajlama" zrobiła wielkie oczy i nie wiedziała, co to za zwierz... cóż, united in diversity).Słowem - wszystko gra.
I miło raz jeden być tym "beznadziejnie entuzjastycznym".
Poza tylko tym, że jest zimno. Pierońsko zimno. Ręce grabieją, wino całkiem kwaśne, na rękawiczki braknie mi pieniędzy. A kaloryfery nie grzeją.
I będzie koncert Kultu. Tylko drogo, cholera.

