piątek, 2 grudnia 2011

Po długim milczeniu

Zaniedbałem siebie i tego bloga. Za co żałuję i postanawiam poprawę.

Swoje zaniedbanie usprawiedliwiam żałosnymi próbami napisania jeszcze żałośniejszego licencjatu. Próby te, jakkolwiek beznadziejne, zostały uwieńczone połowicznym sukcesem - licencjat powstał i został odesłany do promotorki. Teraz czekamy, aż pani doktor otrząśnie się z szoku i napisze, co z tym fantem dalej.

Życie przez ten miesiąc, wbrew pozorom, w które i tak nikt by nie uwierzył, nie schodziło mi wyłącznie na pisaniu licencjatu. Żyłem, chodziłem do pracy, na jakieś spotkania, imprezy, coś tam się działo. Po pierwsze - nadeszła Pora Mgieł. Każdego poranka mgły opadają na miasto, zasnuwając je doszczętnie, tak że na dziesięć-dwadzieścia metrów nie widać dosłownie nic, a idąc, widzi się wyłaniające się co chwila z nicości bryły budynków. Efekt jest magiczny i niesamowity, mi, niepoprawnemu nerdowi, kojarzy się z efektami ze starych gier, z czasów, kiedy 3dfx był synonimem potęgi 3d, a FPS-y nazywały się jeszcze FPP-ami. Jeżeli można w ogóle użyć w jednym zdaniu słów "wcześnie rano" i "uwielbiam", to uwielbiam wychodzić wcześnie rano na dwór i oglądać sobie Luksemburg zawieszony w nicości, a wyłaniający się z niej w rytm moich kroków.

Dość jednak poetyckich zachwytów, Pora Mgieł sprawiła też, że praktycznie cały listopad spędziłem przeziębiony. Miesiąc zacząłem zwolnieniem i w ten sam sposób zakończyłem. Sądzę, że część winy ponosi tutaj pan Landlord, który postanowił oszczędzać na ogrzewaniu. W końcu, pod koniec miesiąca, udało się przekonać go, żeby zwiększył temperaturę, a jednocześnie zakupiłem grzejnik elektryczny, więc teraz w pokoju panuje przyjemne ciepełko (aktualnie 25 stopni, muszę wyłączyć grzejnik). Okazało się też, że rację mieli starzy górale - chorowanie w Luksemburgu to kosztowne hobby. Bardzo.

O pracy pisał nie będę, bo i nikogo to pewnie za bardzo nie zaciekawi. Przychodzę rano, wychodzę wieczorem, w międzyczasie tłumaczę, wychwalając pod niebiosa twórców baz danych i programów-kotów (CAT, czyli Computer Aided Translation). Stopień skomputeryzowania DGT jest bowiem modelowy - istnieje centralna baza segmentów i jednostek tłumaczeniowych, obejmująca wszystkie przetłumaczone kiedykolwiek teksty, a jeżeli w obecnie tłumaczonym tekście znajdzie się segment, który powtarza się w pewnym stopniu z tym, co już zostało zrobione, jest on podstawiany z pamięci (przy czym często trzeba taki podstawiony z pamięci segment sprawdzić trzynaście razy, czy aby na pewno odpowiada tekstowi źródłowemu). Poza tym mamy też bazę terminologiczną, a jeśli i to nie pomaga - wyszukiwarkę, która pozwala znaleźć pojedyncze słowa w przetłumaczonych już segmentach. Jedyna wada tego rozwiązania to ograniczona przepustowość łączy i moc serwerów - zdarza się więc, raczej częściej niż rzadziej, że w trakcie tłumaczenia cały system nagle się biesi i odmawia współpracy - i koniec zabawy, bo, że to Unia, wszystkie teksty muszą być spójne, w każdym segmencie trafi się więc wyrażenie, które należy sprawdzić, żeby potem korekta ("korekta" to moje autorskie tłumaczenie z żargonowego "riwajzor", którego to słowa używają tutaj wszyscy) nie wpisał na marginesie "IATE", co oznacza tyle, że tłumacz nie dopełnił obowiązku sprawdzenia z bazą terminologii.

Wychodzi jednak na to, że jednak na razie będę musiał pożegnać się z marzeniami o karierze eurourzędnika. EPSO opublikowało wyniki testów na ogólne rozgarnięcie i odnoszę wrażenie, że - jeżeli nie nastąpi pomniejszy cud - wydaje mi się, że liczba zdobytych przeze mnie punktów nie wystarczy, żeby okazać się lepszym od 733 innych Polaków. Choć zdarzało mi się już mylić. (Przy okazji - gratulacje dla Magdy Filipkowskiej, która jak nikt inny pokazała klasę)

Tak czy siak, póki co jestem jeszcze tutaj i wciąż żyję. A to oznacza, że weekendy upływają pod znakiem imprezowania. Co lubię. Stażyści i reszta populacji Luksemburga bawi się na najróżniejsze sposoby - od "imprezy" prawników, na której dobrze się "bawiliśmy", a która cała przywodziła na myśl dyskoteki, jakie urządzało się w podstawówce (sala jadalna w Trybunale podzielona na dwie części stołami, po jednej stronie tłum, po drugiej alkohol, osmoza odbywała się za pośrednictwem pan i panów z obsługi i dużej liczby banknotów i monet Euro, dorośli ludzie gibiący się w miejscu w rytm piosenek granych przez lokalny kotlet-band), po imprezę Halloween, na którą wszyscy przyszli w Strojach, a do tego - pośrodku spektrum - rozmaite spotkania, wyjścia, wejścia i inne okazje społeczne, stanowiące tak naprawdę w dużej mierze pretekst do oglądania upitych Skandynawek (sztuk dwie, piją za cztery, a upijają się za osiem, niezwykle pocieszny widok).

Ponadto, żyję, chwilowo siedzę w domu, leczę się i oglądam Star Trek:TNG, czując się przy tym, jakbym czytał naprawdę starą książkę, albowiem prawie cała warstwa wizualna serialu, od efektów specjalnych począwszy, a na strojach i fryzurach postaci skończywszy, zdążyła się zdezaktualizować już dawno, trzeba to zatem odfiltrować i skupić się na fabule, czekam, aż skończy się zwolnienie, tudzież ktoś odwiedzi mnie w mojej samotni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz