poniedziałek, 12 grudnia 2011

Dziennik pokładowy, data gwiezdna 65412.6

Nie mam pojęcia, czy ktokolwiek to tak naprawdę czyta, ale piszę i tak.

Pora Mgieł dobiegła końca, mleczna zasłona podniosła się, zabierając ze sobą też choróbska, mróz i siedzenie przed komputerem w kocu i w rękawiczkach. Aktualne prognozy są takie, że pacjent przeżyje. A przynajmniej dożyje do świąt. Choć bardzo jest złym pacjentem, bo miast się leczyć, to chadzał po karałokach i udawał, że umie śpiewać. Publiczność udawała wtedy, że się nabiera.

Poza tym pacjent przeszedł także do kolejnego etapu (tym razem już chyba ostatniego) konkursu na urzędasa. Jeśli pacjentowi się ten etap powiedzie, trafi na listę rezerwową, z której ma szansę dostać się do pracy w którejś z instytucji Unii. Co może się okazać bardzo przydatnym i pożytecznym wydarzeniem.

W ostatnich dniach (nie mylić z "dniami ostatnimi") pacjenta przyjechała odwiedzić Ruda, co go niezmiernie ucieszyło. Rudą lubi wszak bardzo, a nie widział jej co najmniej dwa miesiące. Oczywiście, jako prawdziwy pacjent, pierwszego dnia zabrał ją na zwiedzanie szpitala na Kirchbergu (szef pacjenta powiedział mu, że ma nadzieję, że pacjent będzie bardziej urzędnikiem, niż pacjentem, więc pacjent się przejął i postanowił zobaczyć kolejnego lekarza, żeby upewnić się, że ten, który go leczy, nie jest idiotą. Nie wziął pod uwagę, że to zajmie nie godzinę, tylko większą część dnia), w dniach kolejnych jednak odrobinę się zrehabilitował, organizując, razem z przyjechaną z Brukseli Anną, wspólne zwiedzanie Luksemburga, a następnie próbując zabrać dziewczęta na imprezę bożonarodzeniową. Jednakże Anna powróciła koleją żelazną do stolicy oświeconej dyktatury europejskiej, a Ruda po godzinie tańczenia, grzanym winie i pięciu drinkach wsiadła w inny pociąg i odjechała w siną dal do fancy Nancy. Mówi, że wróci dziś.

W ramach odwetu za oprowadzanie po szpitalach, Ruda, ujrzawszy pacjenta w nowym wyglądzie (wygolona góra i bródka "na szczura"*), stwierdziła, że ów wygląda "demonicznie", co też postanowiła czym prędzej uwiecznić. Wynik jej uwieczniań wygląda tak:

[CO JA PACZE?]

Wczoraj, wstawszy po imprezie, pojechał pacjent na proszony obiad do Thionville. Thionville jest to miasto we Francji, 30 minut koleją od stolicy Wielkiego Księstwa. Obiad okazał okazał się ćwiczeniem praktycznym z budowania przyjaźni polsko-litewskiej: czwórka Litwinów, jakiś przygodny Holender, który szybko się zmył, pacjent i barszcz. Było całkiem przyjemnie, nawet smacznie, a także i bardzo poznawczo (zwłaszcza 75-procentowa litewska wódka okazała się ważnym doświadczeniem poznawczym. Nie potrafię wyobrazić sobie kontekstu, w którym na ochotnika wypiłbym więcej niż ćwierć kieliszka tego specyfiku, choć było bardzo dobre).

Thionville jako miasto jest zresztą dużo ładniejsze od Luksemburga. Jedzie się tam koleją, co samo w sobie stanowi już o jego uroku. Kolej jest bowiem idealnym środkiem transportu. Nie ma w sobie arogancji samolotu odzierającego pasażerów z wszelkich atrybutów wolnej woli z chwilą, w której przejdą przez kontrolę bezpieczeństwa, a potem wzbijającego się z rykiem pod niebo, przecząc zdrowemu rozsądkowi głoszącemu, mimo postępów cywilizacji naszej technicznej, że coś tak wielkiego i brzydkiego nie ma prawa latać. Nie jest też tak bezosobowa jak autobusy jeżdżące sobie po mieście, każdy taki sam, zupełnie obojętne na to, czy i kto do nich wsiada. Kolej jest częścią krajobrazu i, podróżując nią, ma człowiek z tym krajobrazem ciągły kontakt i widzi, jak przelatuje on za oknami w takt miarowego stukotu kół. Gdyby pacjent był mniej leniwy i cierpliwszy, poruszałby się wyłącznie koleją. Niestety, po półtorej godziny spędzonym w dowolnym środku lokomocji trafia go ciężki szlag, więc na dłuższych dystansach z reguły wygrywają samoloty.
[powyższy fragment proszę potraktować jako wprawkę literacką]

Wracając z Thionwille, trafił pacjent na rzecz w Luksemburgu praktycznie niespotykaną: zorganizowaną imprezę kulturalną. Miano "impreza kulturalna" nie ma sugerować, że setki ludzi stojących na ulicy, zajadających się hamburgerami i orzeszkami z miodem, popijających grzane wino i patrzących na maszerującą orkiestrę wygrywającą na bębnach coś na kształt marsza stanowi modelowy przykład kultury, ma raczej być dowodem bezradności językowej pacjenta postawionego wobec "parady świątecznej". Faktem jest jednak, że - obok obowiązkowego Weihnachtsmarktu - jest to pierwsze wydarzenie na taką skalę, którego dane było tu pacjentowi doświadczyć. "Doświadczyć" w sensie dosłownym, albowiem Luksemburczycy najwyraźniej nie uznają półśrodków i stoją na stanowisku, że jak już coś organizować to tak, żeby całe miasto wzięło w tym udział. Obowiązkowo. Wspomniana parada przemaszerowała więc główną ulicą miasta od dworca kolejowego do węzła autobusowego, czego efektem ubocznym było zamknięcie tej ulicy dla ruchu - i całkowity paraliż komunikacji miejskiej. Pacjent przez ponad godzinę tułał się zatem po mieście, usiłując dotrzeć do domu.

W końcu jednak dotarł, przygoda zakończyła się szczęśliwie, operacja skończona, pacjent znów będzie zdrowy - bo to tylko woreczek żólciowy...


---
* - w każdym porządnym filmie i serialu jest postać, która nosi taką bródkę, z reguły jest doskonałym tchórzem i manipulatorem o perfekcyjnie złym charakterze. W toku akcji ginie w paskudny sposób.


2 komentarze:

  1. Ja czytam i to regularnie! :) Więc proszę pisania nie zaprzestawać. To primo.
    Po drugie z tego co na mapa widziałem, to jesteś w relatywnie małym mieście, więc nie marudź, że komunikacja nie działa ;)

    Po czecie - istnieje wyjątek od zasady bródki - są to filmy płaszcza i szpady.

    Co do kolei to w większości się zgodzę, a samolot szybko się oswaja, jak już wiesz dokładnie dlaczego to to lata.

    OdpowiedzUsuń
  2. Śpij spokojnie, nie zamierzam przestawać, na razie przynajmniej :)

    Fakt, miasto małe, ale pomysł z wyłączeniem komunikacji miejskiej na czas parady świątecznej i tak uważam za przedni. Ubawiłem się :)

    Samolot wiem dość dobrze, jak lata i dlaczego, że bliżej mi jednak do inżynierowania niż do filozofowania, mam cały czas nieodparte wrażenie, że toto się w środku lotu rozleci. Taki sobie prywatny atawizm :)

    O płaszczu i szpadzie nie pomyślałem, mój błąd. Płaszcz w sumie już mam, teraz muszę się o szpadę postarać...

    OdpowiedzUsuń