Po długim wyczekiwaniu, krótkiej podróży i odrobinę tylko od niej krótszych przygotowaniach stanąłem w końcu na luksemburskiej ziemi. Spuszczę tutaj łaskawą zasłonę milczenia na przebieg podróży, a w szczególności to, co nastąpiło tuż przed nią, pozwolę sobie tylko napomknąć ku nauce i przestrodze - to, że linia lotnicza podaje na swojej stronie aktualne zasady przewozu bagaży, wcale nie oznacza, że te zasady znajdą zastosowanie podczas odprawy. Bynajmniej.
Mimo wszystkich przeciwności (oraz podejmowanych przez linię lotniczą prób zagłodzenia pasażerów, najwyraźniej gdzieś w centrali uznali, że ciastko z gruszką załatwia kwestię posiłku) bardzo punktualnie wylądowałem na lotnisku. Jak przystało na wyrwanego nagle z troskliwych objęć wujka Gugla człowieka XXI-wieku, pierwsze kroki skierowałem do kiosku celem nabycia mapy. (Potem zamierzałem narysować w górnym lewym rogu logo google maps, żeby nie wyglądało to tak dziwnie). Wjechałem między regały wózkiem z trzydziestoma kilogramami walizek i, ustawiwszy się tak, żeby stojące za kasą dziewczę mieć na linii werbalnego strzału, poprosiłem o mapę, tylko taką żeby "miała nazwy ulic". Dziewczę skinęło głową, pobiegło gdzieś, po czym wróciło z... topograficzną mapą turystyczną Wielkiego Księstwa. Na moje, że tu nie ma nazw ulic, rozłożyło toto* bezradnie ręce i powiedziało, że to jedyne, co ma. Wzruszyłem więc ramionami i udałem się na postój dla taksówek, postanowiwszy że w plan miasta Luksemburga zaopatrzę się w późniejszym terminie.
Taksówkarz, starszy pan z brzuszkiem i czapką bejsbolówką, przywitał mnie francuskim zaśpiewem, z którego oczywiście nie zrozumiałem ani słowa. Po krótkich negocjacjach udało się ustalić, że będziemy porozumiewać się po niemiecku. Pokazałem raczej niż powiedziałem, dokąd chcę jechać (nazwy ulic są tu po francusku, a jak już wspomniałem, moja znajomość tego bez wątpienia pięknego języka ogranicza się do robienia "żu żę" po pijaku) i ruszyliśmy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po mniej więcej dziesięciu minutach jazdy pan kierowca odwrócił się do mnie i spytał... gdzie jest ta ulica, na którą jedziemy, bo on tak do końca to nie wie. Co jednak nie przeszkodziło mu zażyczyć sobie pełnej opłaty, kiedy, zadzwoniwszy do kogoś i zasięgnąwszy języka, w końcu dowiózł mnie na miejsce. A myślałem, że to tylko w Maroku taksówkarze pytają klientów, gdzie też jest ten tajemniczy airport.
Na miejscu (21 Rue Seimetz, jeżeli ktoś chciałby wysłać mi skrzynkę piwa) spotkałem swojego landlorda - sympatycznego starszego pana, który odziedziczył ten dom po rodzicach, wziął mnie za Niemca i strasznie przepraszał, że taki bajzel (to pierwsze kilkanaście lat temu, dwa ostatnie prawie równocześnie). Bajzlu nie widziałem, podobno miał być "efektem ubocznym wczorajszej fiesty", ale dwie mieszkające tam dziewczyny zdążyły już go usunąć. Pan landlord oprowadził mnie (i Annę, prawdziwą Niemkę, choć z polskim nazwiskiem, która przyjechała znad granicy z rodzicami i mieszka dwa piętra wyżej) po domu i wręczył mi klucze do pokoju, wpuścił do środka... a mnie zamurowało. Zresztą, zobaczcie sami na zdjęciach.
Wieczorem wyszedłem na miasto integrować się z pozostałymi stażystami. Była godzina 2030, a ja miałem wrażenie, że idę przez mityczne Zapomniane Miasto - na ulicach żywej duszy (martwej też nie, nawet zombie nie było), cisza, spokój, ani kot nie miauknie, ani pies nie zawyje, nic. Cytując pewnego niemieckiego autora thrillerów, z którego to akurat zdanie redakcja mi prawdopodobnie wywali z końcowej wersji tekstu - "Chodniki mogliby tutaj na noc zwijać". Bliżej centrum było już zupełnie inaczej, ale pierwsze wrażenie i tak było mocno upiorno-straszne.
Mimo wszystko jednak widać w Luksemburży, że jest to kraj i miasto dużo bogatsze i w pewien sposób na wyższym stojące poziomie cywilizacyjnym niż Rzeczpospolita. Ma to swoje dobre strony, ma to swoje strony złe. Do dobrych bez wątpienia należy system vel'oh, czyli wypożyczalnia rowerów miejskich - co kilkadziesiąt metrów stoją sobie stoiska z rowerami, a jak się ma taką specjalną kartę, to można je wypożyczyć (kartę zamierzam wyrobić sobie, jak tylko będę miał kartę sim i konto w banku, które są do tego niezbędne) i oddać w dowolnej innej stacji. Ponadto, wypożyczenie do pół godziny jest darmowe. Podoba mi się to.Ciemną stroną postępu jest natomiast to, że w weekend absolutnie prawie wszystkie sklepy, restauracje, kawiarnie, knajpy, punkty usługowo-handlowe i wszystko jeszcze inne po prostu nie działa. Nic, zero. W tygodniu zaś większość zamyka się podobno o 1800, czyli mniej więcej o tej godzinie, o której kończę pracę. Aktualnie więc, ponieważ mamy niedzielę, a ja przyjechałem w sobotę, siedzę i zjadam wałówkę. Jeżeli do piątku nie będę dawał znaku życia, oznaczać to będzie, że nie udało mi się kupić nic więcej i właśnie umieram z głodu.
---
* - Osobom, które nie miały do czynienia z analizą dyskursu podpowiem, że użycie tego słowa wyraża protekcjonalne nastawienie pochodzącego z czasami wschodniej, czasami środkowej (kraj się nie przesuwa, czasy się zmieniają, a z nimi i definicje) Europy autora wobec cierpiących na nadmiar dobrobytu Luksemburczyków, którzy, jako że cierpią na nadmiar dobrobytu, muszą być też nieporadni i ogólnie niezdarni życiowo.
z taryfą miałam toże samo. Berlin, druga w nocy, kierowca - Turek.
OdpowiedzUsuń- Lefèvrestraße.
- Wo ist denn das?
Super wpis! Więcej szybciej mocniej!
OdpowiedzUsuń